Wojciech Karpiński

Czytanie Chiaromontego

(Szkic z książki Twarze)


nullJesienią 1972 roku, w Warszawie, po powrocie z pierwszej podróży do Włoch, napisałem szkic o Nicoli Chiaromontem. Co mnie poruszyło w jego postawie? Wydał mi się różny od większości znanych mi autorów zajmujących się problematyką praw i obowiązków jednostki wobec zbiorowości. Dostrzegłem w jego myśleniu coś zarazem osobistego i antydogmatycznego. Spotkaniu z jego tekstami towarzyszyła chęć rozmowy, jakby mówił specjalnie do mnie, o rzeczach ważnych, a zazwyczaj przemilczanych. Nie wiedziałem wtedy, jak celnie utrafiłem: poznawanie przeze mnie Chiaromontego, odkrywanie jego twórczości trwa już kilka dziesięcioleci; rozmowa z nim nie jest zamknięta, daleko jej do tego. Chciałbym opowiedzieć o moim poznawaniu Chiaromontego: kogo czytałem wtedy, w Rzymie i w Warszawie w 1972 roku, kiedy trafiłem na jego słowa, dlaczego rozmowa trwała także później i jaki był jej przebieg.

Mój szkic o Chiaromontem z roku 1972, roku jego śmierci, przedstawiał sylwetkę suwerennego humanisty, kogoś, kto nie daje się zamknąć w określeniu „myśliciel polityczny”, bo interesuje go pełny człowiek. Nie pozwala się uwięzić schematom ideologicznym, ale związki jednostki z polis stanowią stały przedmiot jego analiz. Interesował mnie Chiaromonte, autor Credere e non credere, tak nazywał się po włosku tom jego refleksji nad jednostką wplątaną w burze historii, wolę jednak tytuł wydania angielskiego The Paradox of History. W tej książce, jedynej wtedy opublikowanej oprócz La situazione drammatica, zbioru recenzji i artykułów teatralnych, autor nie odsłania się bezpośrednio, mówi do nas jakby przez podstawione osoby, przez analizę sytuacji moralnych, politycznych, egzystencjalnych ukazanych na kartach Stendhala (Fabrizio del Dongo pod Waterloo), Tołstoja (książę Andrzej i książę Bagration pod Austerlitz), Rogera Martin du Garda (Antoine i Jacques Thibault), Malraux (Dola człowiecza), Pasternaka (Doktor Żiwago). Ale mnie interesował przede wszystkim sam Chiaromonte, jego wybory, jego przemyślenia. Ceniłem ów dystans, który budował między zgiełkiem współczesności, dzisiejszych dysput, dzisiejszego języka, poddanego ideologicznemu zdrewnieniu, a własną myślą. Chciałem jednak usłyszeć o jego osobistych doświadczeniach.

Dostrzegłem bardziej subiektywny wizerunek Chiaromontego na stronach jego szkicu O faszyzmie. Ten tekst zadziwił mnie intelektualną przenikliwością. Pisał go przed wojną antyfaszystowski emigrant w Paryżu, mówi o konkretnej sytuacji politycznej z połowy lat trzydziestych, ale dla mnie te wywody stały się pomocne w zrozumieniu sytuacji polskiej w latach siedemdziesiątych — a i dzisiaj, w pierwszych latach XXI wieku, rozważania młodego Włocha sprzed lat siedemdziesięciu pozostają żywe i odkrywcze. W tym tekście dochodzi do głosu umiejętność Chiaromontego, który potrafił uchwytywać rzeczywistość pod maskami aktualnych — czy anachronicznych — kostiumów.

Opisał narodziny świadomości antyfaszystowskiej, swojej świadomości. Na początku, wyznaje, był prosty odruch moralny, reakcja sumienia, w której element polityczny ograniczał się do przekonania, że wobec pewnych zjawisk można być jedynie przeciw. Do tych zjawisk należy ideologiczne używanie przemocy. W owym tekście z roku 1936 Chiaromonte analizuje totalitarną semantykę. Faszyzm stanowi próbę oderwania słów od rzeczywistości, poddaje język ideologicznej kontroli. Słowa nie znaczą tego, co znaczyły, lecz to, czego domaga się linia partii; policja polityczna narzuca ich sens, zakres międzyludzkiego porozumienia.

Chiaromonte w rozważaniach o faszyzmie — przypominam, z połowy lat trzydziestych — zwraca uwagę na logokratyczne ambicje systemów totalitarnych. Później zajmie się tym zjawiskiem, władzą nad słowami jako warunkiem absolutnego zniewolenia umysłów i serc, George Orwell w 1984, przedstawiając działanie nowomowy; Victor Klemperer poświęci temu zagadnieniu wspaniałe analizy w LTI — Lingua Tertii Imperii, Język Trzeciej Rzeszy, zapiski filologa, który przeżył w hitlerowskich Niemczech, naznaczony gwiazdą Dawida — i jedyną jego obroną było przyglądanie się strukturze oficjalnego języka i demaskowanie mechanizmów kłamstwa; Aleksander Wat w Kluczu i haku da celne analizy semantyki sowieckiej i roli literatury w upaństwowieniu sumień, w ubezwłasnomyśleniu poddanych. Podobne widzenie duchowego zagrożenia, jakim jest totalitaryzm, ukaże Zbigniew Herbert w niektórych wierszach — zwłaszcza Potwór Pana Cogito i wynurzający się zza mgły ogromny pysk nicości stanowi ujęcie w poetyckiej tonacji podobnych przeświadczeń, jakie zawarł młody włoski wygnaniec w swym eseju. Alain Besançon odsłoni warstwy pozoru i kłamstwa w komunistycznym interpretowaniu rzeczywistości. Chiaromonte dokonał tych odkryć zdumiewająco wcześnie, na własną rękę, tekst jego, gdy się z nim zapoznałem, wydał mi się ważny i pomocny w moim osobistym szamotaniu się z problemami sensu i prawdy, języka skrywającego i języka obnażającego.

Nie tylko więc przedstawiłem w moim artykule o Chiaromontem, wydrukowanym w „Twórczości”, zasadnicze tezy szkicu O faszyzmie, ale też przełożyłem ten szkic. Ukazał się, poprzedzony moim krótkim wprowadzeniem, w katolickim liberalnym miesięczniku „Więź” (jego redaktorem naczelnym był Tadeusz Mazowiecki, późniejszy doradca „Solidarności” i pierwszy niekomunistyczny premier w Polsce). Szkic O faszyzmie, napisany po francusku, opublikowany w formie okrojonej w 1936 roku w paryskim piśmie „Europe”, był zupełnie nieznany w momencie, gdy go w rękopisie przeczytałem, w 1972 roku, przy biurku Nicoli Chiaromontego, na via Ofanto w Rzymie. A więc pierwsza pełna publikacja tego tekstu, stanowiącego próbę rozpoznania mechanizmów totalitarnego zniewolenia umysłów, ukazała się w komunistycznej, przynajmniej oficjalnie, Polsce prawie czterdzieści lat po jego powstaniu. Tekst ten wzbudził zainteresowanie wąskiej grupy tych, którzy starali się wówczas sięgnąć po wolność myśli, poszukiwali swobodnego głosu, chcieli się przyjrzeć rzeczywistości i potrzeba im było do tego narzędzi. Takim narzędziem okazał się szkic Chiaromontego dla niektórych przedstawicieli budzącej się polskiej myśli niezależnej: pamiętam, z jakim zainteresowaniem zareagował na tę publikację Adam Michnik.

Jak trafiłem na teksty Chiaromontego i dlaczego zdecydowałem się o nich napisać, dlaczego stanowiły dla mnie szkołę widzenia, pomoc w odnalezieniu swobodnego głosu? Zajmują one ważne miejsce w mojej „prywatnej historii wolności”, tak określałem cykl tekstów, które z początkiem lat siedemdziesiątych zacząłem drukować w polskiej prasie, tej bardziej otwartej, choć też, jak wszystkie wtedy publikacje, pozostającej pod kontrolą partyjnej cenzury — a szerzej, tak nazywałem poszukiwanie własnego głosu, zasadniczy dla mnie problem. To właśnie od szkicu o Nicoli Chiaromontem zacząłem co miesiąc zamieszczać w „Twórczości” teksty o książkach, które były dla mnie wzmocnieniem i uświetnieniem indywidualnej swobody, pozwalały zobaczyć lepiej otaczającą rzeczywistość.

Wcześniej publiczne wypowiedzi na tematy naprawdę mnie interesujące wydawały mi się niemożliwe. Wiedziałem, że moje poglądy są w zasadniczej sprzeczności z narzuconą oficjalną ideologią. Miałem własny poczet pisarzy, myślicieli, artystów, którzy stanowili wzór patrzenia na świat, na siebie, na społeczeństwo. Od nich uczyłem się mówić, z nimi prowadziłem rozmowy, lecz były to rozmowy całkowicie skryte, ze wszystkimi kaleczącymi konsekwencjami tej sytuacji. Wiedziałem dobrze, że o najwybitniejszych polskich pisarzach współczesnych, o tych, którzy dotykali rzeczywistości, mówili do mnie, mówili o mnie, których dzieła odkrywałem z trudem, o tych pisarzach — Witold Gombrowicz i Czesław Miłosz to tylko dwa najdrastyczniejsze przykłady — nie wolno było publicznie się wypowiadać, ich książki były zakazane.

Starałem się uzyskać dostęp do ich publikacji. Polskie książki i czasopisma wydawane za granicą, na czele z „Kulturą”, tropione były przez władze ze szczególną zawziętością. Łatwiej dostępne, choć też wymagało to specjalnych zabiegów, były książki i czasopisma w obcych językach, traktujące o problemach wolności, krytycznie analizujące dogmaty komunistycznej ideologii. W Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego można było (do pewnego czasu) przejrzeć „Preuves”, miesięcznik publikowany pod auspicjami Kongresu Wolności Kultury (pojawiały się tam niekiedy teksty Chiaromontego). Jako przedmiot studiów obrałem jednak literaturę francuskiego XVII wieku. Sądziłem, że znajdę w ten sposób niszę ekologiczną, wolną od ideologicznego zatrucia atmosfery.

W tym okresie, połowa lat sześćdziesiątych, wyjechałem parę razy do Paryża. Poznałem tam ludzi, których dzieła podziwiałem, Józefa Czapskiego, Aleksandra Wata, Konstantego Jeleńskiego, potem Jerzego Stempowskiego, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego, Czesława Miłosza, czytałem po raz pierwszy swobodnie ich książki i numery „Kultury”, nie musiałem ukrywać tych lektur. W Warszawie z oczywistych względów nie opowiadałem ani o tych znajomościach, ani o tych lekturach. Zasadnicza część mego życia duchowego pozostawała więc w ukryciu. Był to stan dziwnej schizofrenii, który nie sprzyjał szczerej rozmowie, twórczej wymianie myśli i uczuć. Na jesieni 1965 roku rozpocząłem jako wolny słuchacz dodatkowo studia filozoficzne. Wśród studentów tego rocznika zaprzyjaźniłem się z Andrzejem Rapaczyńskim, młodszym ode mnie o kilka lat. Wydał mi się swobodniejszy od większości moich rówieśników, bardziej otwarty na świat. Dużo rozmawialiśmy. Latem 1967 roku szykowaliśmy się do wyjazdu do Paryża. Andrzej pojechał pierwszy. Napisałem, z Polski, do Józefa Czapskiego, zapowiadając zjawienie się mego przyjaciela. Gdy przyjechałem do Paryża, spotykaliśmy się we trójkę. Z Andrzejem wybrałem się w podróż autostopem na Południe. Nasze drogi rozdzieliły się w Mentonie. Andrzej pojechał do Włoch, ja zawróciłem do Nicei i Vence. Poznałem tam Witolda Gombrowicza.

Przyszedł marzec 1968. Był dla mnie, jak dla całego pokolenia, szokiem. Nie w tym sensie, iżbym utracił jakieś złudzenia co do istoty systemu komunistycznego, bo tych nigdy nie miałem, ale stworzył rodzaj solidarności pokoleniowej, przeraził oficjalnym kłamstwem, partyjnie i policyjnie kierowaną antysemicką kampanią, lecz też dał poznać smak wolności i wspólnoty, całe pokolenie studentów wołało, publicznie, razem: „prasa kłamie”. Zaczęły się bardziej szczere rozmowy, nie do pomyślenia wcześniej, zaczęło się poszukiwanie języka, w którym można byłoby uchwycić coś z rzeczywistości, poszukiwanie korzeni, intelektualnego rodowodu, poszukiwanie ludzi, którzy z podobnymi problemami już się zmagali.

Część moich przyjaciół wyjechała na emigrację, mój starszy brat Jakub znalazł się w więzieniu, oskarżany najpierw o organizowanie studenckich protestów, następnie o kontakty z „Kulturą” i o przemycanie swobodnego słowa. Andrzej Rapaczyński wyjechał z kraju. Napisałem o tym do Józefa Czapskiego, on z kolei zwrócił się do Nicoli Chiaromontego, polecając mu młodego Polaka. Andrzej podczas pobytu w Rzymie w oczekiwaniu na amerykańską wizę stał się częstym gościem na via Ofanto. Napisał do mnie, do Warszawy, że uważa przyjaźń z Nicolą Chiaromontem za wspaniały dar losu.

Po Marcu zostałem usunięty z uniwersytetu. Nie było dla mnie miejsca w oficjalnych strukturach. Ponieważ nie mogłem znaleźć schronienia we francuskim wieku XVII i zajmować się tragediami Racine’a, postanowiłem spróbować mówić o tym, co naprawdę mnie interesuje. Klimat polityczny po upadku Gomułki stał się znośniejszy, opary ideologiczne trochę mniej zatruwały atmosferę — choć cenzura, policja polityczna, istniały nadal i gotowe były w każdej chwili zareagować w wypadku „zagrożenia zdobyczy socjalizmu”. Ale oficjalne kłamstwo było w defensywie, ludzie zaczynali między sobą rozmawiać we względnie normalnym języku, także na tematy do niedawna zakazane, na tematy historii współczesnej, myśli politycznej i społecznej. Były to początki, nieśmiałe, społeczeństwa obywatelskiego. Jednym z elementów tego procesu było wychodzenie z zaklętego kręgu języka zdrewniałego, poddanego ideologicznej kontroli. Zacząłem publikować, w „Tygodniku Powszechnym”, w „Twórczości”, na temat myśli politycznej, na temat wolności, wolności obywatelskich, wolności słowa.

Andrzej Rapaczyński studiował w Stanach, ale wakacje starał się spędzać we Włoszech. Osoba Nicoli Chiaromontego stanowiła ważny element jego przywiązania do tego kraju. W 1971 roku planował wspólne spędzenie części lata z Nicolą i Miriam Chiaromonte. Zapraszał, abym przyjechał, ale odmówiono mi wtedy paszportu. Obiecaliśmy sobie, że przełożymy te plany na przyszły rok. Latem 1972 roku dostałem paszport. Nicoli Chiaromontego nie było już na tym świecie, zmarł w styczniu 1972 roku na atak serca.

Spotkałem się z Andrzejem w Wenecji. Kontynuowaliśmy nasze warszawskie rozmowy. Oglądałem po raz pierwszy Włochy. To też był ważny element mojej prywatnej historii wolności. Wsłuchiwałem się w głos przeszłości, uczyłem się swobodnie rozmawiać. Ileż to razy w Wenecji, w Rawennie, w Sienie, Asyżu, Perugii, w Rzymie, w Syrakuzach, a najwyraźniej może przed Signorią we Florencji dane mi było odczuć z siłą oczywistości związki polityki i sztuki. Budowle i pomniki mówiły mi, co to znaczy być obywatelem, rozumiejącym swe obowiązki i prawa członkiem wspólnoty, rozumiejącym także mowę kamieni, rzeźb, placów, mostów, przeszłych dokonań i otwieranych przez nie perspektyw przyszłości, rozumiejącym regulatywną rolę pamięci i twórczą rolę wyobraźni.

Andrzej wracał do Stanów wcześniej, poprosił Miriam Chiaromonte, aby udzieliła mi gościny. Spotkałem się z niezwykle szczodrym i serdecznym przyjęciem, którego nigdy nie zapomnę. Zamieszkałem przy via Ofanto. Oglądałem miasto, ale też spędzałem długie godziny w gabinecie Nicoli Chiaromontego. Miałem dostęp do jego tekstów, także tych nieopublikowanych. Wśród nich natrafiłem na szkic O faszyzmie. Usłyszałem w nim ważną wypowiedź w owej rozmowie, którą toczyłem z Andrzejem, dostrzegłem istotny element mojej prywatnej historii wolności. Oto ktoś odpowiada na wyzwania podobne do tych, z którymi przychodziło mi się zmagać; było to wiele lat temu, w innym kraju, w odmiennej pod wieloma względami sytuacji, a odpowiedź dana przez niego brzmiała tak, jakby ją sformułowano wczoraj, czy też raczej jutro, jakby zwrócona była do mnie osobiście. Chiaromonte opisuje, jak sam się uczył mówić swobodnym głosem, jak starał się wyjść poza paraliżujące schematy ideologii, jak się uczył rozmawiać, z innymi, z przeszłością, ze sobą. Naszkicował — nie nazywał tak swojej drogi, ale tak ją, zwłaszcza z mojej dzisiejszej perspektywy, bym określił — własną prywatną historię wolności, opowiedział o zdobywaniu swobodnego głosu przez analizę szamaństw totalitarnej praktyki. Jakaż to ulga usłyszeć prywatny głos, mówiący o sprawach dotyczących jednostki i społeczności, mówiący rzeczy oryginalne, trafne, wolne od ideologicznych schematów, duszących.

Po powrocie do Warszawy rozpocząłem regularne pisywanie szkiców, w których notowałem to, co rozszerza i umacnia moje odczucie wolności. Pierwszy tekst poświęcony był, jak wspomniałem, Nicoli Chiaromontemu (po latach, w 1985, ukazał się po włosku w „Tempo Presente”, nowej mutacji pisma, które Chiaromonte stworzył i współredagował z Ignazio Silonem). Podróż włoska była dla mnie ważnym doświadczeniem. W drukowanych szkicach próbowałem kontynuować rozmowę, którą po raz pierwszy z taką swobodą toczyłem w Wenecji, Florencji, Rzymie, rozmowę z książkami w gabinecie Nicoli Chiaromontego, rozmowę z pejzażami i budynkami Włoch, z włoskimi obrazami (te rozmowy znalazły odbicie w książce Pamięć Włoch dedykowanej Andrzejowi Rapaczyńskiemu). Dane mi było i potem odwiedzać Włochy i Rzym. Mieszkanie przy via Ofanto stało się dla mnie rodzinnym domem. Rozmowa trwała. Miriam czasem dzwoniła żartobliwie do Warszawy z pytaniem, gdzie znajduje się jakaś książka w bibliotece na via Ofanto, twierdziła, że znam ten księgozbiór lepiej niż ona.

To w studiolo przy via Ofanto napisałem Dwie koncepcje wolności, szkic opierający się na pracy sir Isaiah Berlina, którą znalazłem w bibliotece Nicoli Chiaromontego. Prezentowałem w nim tak bliską Chiaromontemu i tak aktualną problematykę swobód obywatelskich, granic władzy państwowej. Tamże powstał szkic Vita activa o myśli Hanny Arendt, na podstawie jej książki The Human Condition, czytałem ją w gabinecie na via Ofanto. Miriam Chiaromonte udostępniła mi korespondencję Nicoli z Andreą Caffim, włosko‑rosyjskim humanistą, kosmopolitą w najlepszym tego słowa znaczeniu, a zarazem kimś intymnie związanym z kilkoma ojczyznami (skojarzyłem go od razu z Jerzym Stempowskim). Dostałem od niej tom szkiców Caffiego A Critique of Violence (wydanie włoskie nosiło tytuł Critica della violenza) z przedmową Nicoli Chiaromontego. Nazwał Caffiego „najlepszym, najmądrzejszym, najsprawiedliwszym człowiekiem, jakiego dane mi było w życiu spotkać”. Otóż przedmowa do tego tomu wydała mi się szczególnie bliska. To jest ten Chiaromonte, który się odsłania, pokazuje swoje fascynacje, swoje wybory. Podobnie odbieram jego wspomnienie o Albercie Camusie, także jego tekst Jezuita, pół opowiadanie, pół autobiograficzne wyznanie. Już w Warszawie w 1973 roku napisałem szkic o Caffim. Prezentowałem jego stosunek do problemu wolności, do problemu przemocy, przemocy stosowanej przez władzę.

W bibliotece przy via Ofanto miałem pod ręką roczniki „Tempo Presente”. Czytałem to znakomite pismo, o szerokich horyzontach. Nie zestarzało się z upływem czasu. Miriam pracowała wówczas nad wydaniem tekstów rozproszonych Chiaromontego. Mogłem się z nimi zapoznać. Dzieliłem się moimi wrażeniami. Ukazały się Scritti politici e civili (1976, znalazł się tam, ku mojej radości, również szkic O faszyzmie, także Jezuita i Andrea Caffi), Scritti sul teatro (1976, szczególnie celne wydaje mi się ujęcie Czechowa i Pirandella), Silenzio e parole (1978, teksty filozoficzne i literackie, wśród nich wspomnienie o Albercie Camusie). W tych książkach mogłem powracać do tekstów Chiaromontego, które stały mi się bliskie i pomagały w rozmowie ze światem. Miałem jednak wrażenie, że Chiaromonte przemawia do mnie z pewnego dystansu.

W okresie jawnego działania „Solidarności”, od lata 1980 do końca jesieni 1981, opary ideologiczne rozwiewały się, słowa odzyskiwały swoje znaczenie, swój ciężar. Rozmowy w Polsce stawały się łatwiejsze. Ale trzeba jeszcze było mieć coś do powiedzenia. W tym okresie musiałem przemyśleć gruntownie swoją taktykę pisarską, musiałem odnaleźć język, który umożliwiałby mi dostęp do ważnej dla mnie problematyki. Aluzje do tego, że trochę więcej wolności jest korzystniejsze dla rozwoju społecznego, traciły swój czar. 13 grudnia 1981, zgniecenie „Solidarności”, tylko zaostrzyło tę sytuację. Byłem w tym momencie w Stanach Zjednoczonych. Moje nazwisko znalazło się na jedynej oficjalnej liście działaczy umieszczonych w obozach. Ta pomyłka policji politycznej ułatwiła mi jednoznaczne publiczne określenie mojej postawy. Zostałem na Zachodzie.

Zamieszkałem w Paryżu. Wkrótce zaczęły tam wychodzić, stworzone i wydawane przez Barbarę Toruńczyk, „Zeszyty Literackie”. Tym mocniej odczuwałem potrzebę znalezienia języka, w którym mógłbym nawiązać kontakt z rzeczywistością, próbować ją nazywać, prowadzić rozmowę ze światem, dotykać świata, a przez to ożywiać go we mnie, ożywić siebie. Byłem, jak tylu innych, w stanie szoku, w stanie wewnętrznego porażenia. Miałem poczucie, że to, co czytam, to, co słyszę, artykuły, książki, dyskusje, to tylko szelest papieru, tylko hałdy słów, czasem może i pięknych, niekiedy stanowiących istotny dokument czasu, ale martwych. Powoli wychodziłem z tego stanu. Wsparcie przychodziło z podobnych co dawniej źródeł: rozbłysk rzeczywistości w wierszu Miłosza, w odczytanym fragmencie Dziennika Gombrowicza, w notatce, słowem czy piórkiem, Józefa Czapskiego. Bardzo powoli zaczynałem otwierać oczy, widzieć obrazy, rozmawiać z ludźmi.

Potrzebowałem pomocy w ożywieniu głosu, ożywieniu spojrzenia. Takim momentem wewnętrznego rozluźnienia i skupienia zarazem, „oderwania się od nieprzyjaciela” (jak to nazywam w swoim prywatnym języku) i zwrócenia się ku sobie i ku światu, było pojawienie się Krzysztofa Junga w Paryżu. Mój przyjaciel malarz miał w sobie, w dobrych chwilach, władzę rozjaśniania świata. W takim nastroju pojechałem w końcu grudnia 1984 roku do Rzymu, razem z Krzysztofem Jungiem, również zaproszonym przez Miriam Chiaromonte. Powróciłem na via Ofanto. Pokazywałem z radością Wieczne Miasto młodemu artyście, który pierwszy raz oglądał je swoimi intensywnymi oczami, a wtedy właśnie powrócił po okresie skrajnie nowoczesnych działań do klasycznych form wypowiedzi plastycznych. Pod wpływem obrazów Józefa Czapskiego namalował serię wspaniałych pejzaży (przywiózł je do Paryża z Warszawy). On także potrzebował odnowienia i wzmocnienia języka, który umożliwiłby mu twórczą rozmowę ze światem. Byłem jednak w czasie tego pobytu rozdarty między chęcią spacerów z Krzysztofem Jungiem po Rzymie a pokusą, nie mniej silną, zamknięcia się w gabinecie Nicoli Chiaromontego i skupienia nad jego tekstami.

Miriam bowiem pokazała mi wówczas jego prywatne zapiski. Otóż Nicola Chiaromonte co rano siadywał w gabinecie do pracy. Dzień zaczynał najczęściej od pochylenia się nad oryginałami greckich tragików i filozofów. Potem kierował spojrzenie ku zgiełkowi nowoczesności, ku dzisiejszym zjawiskom literackim, sporom politycznym, analizom społecznym. Refleksje zapisywał w notesach. Uzbierało się ich ponad pięćdziesiąt. Miriam zaczęła je odcyfrowywać i przepisywać. Wahała się, czy nie są to notatki zbyt prywatne, czy należy je upowszechniać, czy znajdą czytelników. Gorąco ją zachęcałem do kontynuowania pracy. Mogłem ją zapewnić, że przynajmniej jednego entuzjastycznego czytelnika te notesy już znalazły, w mojej osobie.

W zapiskach zachwycił mnie głos prywatny, pytający o podstawowe kwestie egzystencjalne, wolny od oficjalnego namaszczenia, pozbawiony doktrynalnej apodyktyczności systemów filozoficznych, krytyki literackiej czy artystycznej. Ten styl, ten tok rozmowy, to ujęcie świata odpowiadało moim potrzebom. Usłyszałem głos zarazem poważny i bez hektycznych rumieńców. Zazwyczaj u aforystów, nawet tych największych, przeszkadza mi chęć sprowadzenia wszystkiego do jednej formuły, olśniewającej, widoczny wysiłek uwiedzenia czytelnika. Nietzsche napisał, że jego ideałem jest, aby w paru zdaniach powiedzieć to, na co inni potrzebują całej książki, czego inni w całej książce nie mówią. Chiaromonte wydał mi się w swych notesach, w których zobaczyłem najwspanialsze spełnienie jego pisarstwa, zarazem bardziej obnażony i bardziej szorstki. Nie chce uwodzić czytelnika ani też go nie lekceważy, mówi o własnych reakcjach na książki, ludzi, zjawiska, traktuje siebie zarazem z powagą i z pokorą. Dostrzegłem w jego zapiskach, wtedy, w Rzymie zimą 1985 roku, spojrzenie przenikliwe i czułe, zadające pytania innym ludziom i innym czasom, a także sobie, potrafiące się uczyć. Dzięki temu następuje czasami życiodajne dotknięcie rzeczywistości, język odradza się i nabiera siły, możliwa staje się rozmowa.

Za tego samego pobytu w Rzymie czytałem nowo wydany tom wierszy Czesława Miłosza Nieobjęta ziemia. Tom wierszy? Miłosz, jak sam pisze, poszukiwał „formy bardziej pojemnej”, wychodzącej poza schematyczne podziały gatunkowe. Uderzyły mnie nagłe rozbłyski rzeczywistości uchwycone w Nieobjętej ziemi. Byłem olśniony nowym tonem, nowym, zmienionym, wzmocnionym głosem Czesława Miłosza. I odczułem uderzające pokrewieństwo poszukiwań formalnych Miłosza i Chiaromontego. Obaj starali się zrzucić gorsety fałszujące głos, niepozwalające swobodnie mówić o świecie, także o wewnętrznym świecie, dzielnie omijali pułapki literatury czystej, zbyt literackiej.

W tekstach Chiaromontego, podobnie jak w wierszach Miłosza, dostrzegłem literaturę oczyszczoną, także z préciosité formy, prawdziwy stopień zero literatury. Słowo stara się wówczas uchwycić żywego człowieka, uwolnić go od więzów ideologii, schematów filozoficznych, religijnych, artystycznych. Potrzebowałem takiej literatury, dzielnie zmagającej się z rzeczywistością, tyle, aż tyle i tylko tyle, potrafiącej z niej uchwycić. Tak, Chiaromonte, jaki wyłaniał się z zapisków odczytywanych przy via Ofanto zimą 1985, a potem w Paryżu, dołączył do moich pisarzy zbójeckich, pomógł mi przerwać duszące milczenie. Napisałem o tych notesach szkic i wydrukowałem go wiosną 1986 w „Zeszytach Literackich”, był to jeden z pierwszych tekstów z serii Listy z Paryża, publikowałem je przez kilkanaście lat. Wybrałem te zapiski Chiaromontego, które wydały mi się najbliższe, najbardziej odpowiadające moim głodom, mówiące do mnie najsilniej i najprościej, przełożyłem je i też opublikowałem w „Zeszytach Literackich”. Włączyłem nie tylko mój tekst, lecz i wybrane fragmenty z notesów do tomu Herb wygnania, uważałem je za swoje, tak mi są bliskie i formą, i treścią. Była to pierwsza publikacja o tych tekstach i tych tekstów. Nastąpiła w polskim emigracyjnym kwartalniku w Paryżu. Myślę, że Nicola Chiaromonte byłby z tego zbiegu okoliczności zadowolony.

Uważałem jednak, że te niezwykłe teksty powinny się przede wszystkim ukazać we Włoszech. Pomagałem Miriam w wyborze notatek. Zachęcałem do ich przedłożenia wydawcom. Wydawało mi się, że dzieło o takiej sile, takiej prostocie i takiej oryginalności szybko spotka się z entuzjastycznym przyjęciem. Wprawdzie część mego szkicu została ogłoszona w nowej mutacji „Tempo Presente” w 1987 roku, była to pierwsza informacja po włosku o istnieniu notesów Chiaromontego, ale droga do włoskich księgarń okazała się trudniejsza, niż się spodziewałem. Kilka wydawnictw, w tym Adelphi, które zdawało mi się jakby stworzone do publikacji tej książki, udzieliło odpowiedzi odmownych. Dopiero Il Mulino zainteresowało się głębiej Chiaromontem. W 1992 opublikowało tom jego szkiców Il tarlo della coscienza w opracowaniu Miriam Chiaromonte, powtórzenie edycji amerykańskiej The Worm of Consciousness and Other Essays z roku 1976. W 1993 wyszło wznowienie Credere e non credere. W 1995 ukazało się wreszcie Che cosa rimane. Taccuini 1955–1971, wybór z notesów opracowany przez Miriam Chiaromonte, z moją przedmową. Zdumiewająco powoli te zapiski znajdują drogę do czytelników i wydawców. Nie wątpię, że wreszcie zostanie zrozumiana ich waga, ale do tej chwili jest jeszcze daleko i dużo do zrobienia. Mój szkic i pierwszy wybór zapisków z „Zeszytów Literackich” został opublikowany po francusku w piśmie „Légendes” w 1999 roku, po holendersku w „Nexus” w 2000 roku. Po polsku w 2001 roku Czytelnik wydał w wyborze i tłumaczeniu Stanisława Kasprzysiaka Co pozostaje z moją przedmową.

Publikacja po włosku przez Il Mulino to tylko wybór zapisków, stanowiący dobre wprowadzenie, ale prezentacja dzieła Chiaromontego powinna trwać dalej. Liczne bliskie mi zapiski nie znalazły się we włoskiej edycji. Zdaję sobie sprawę, jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Wielokrotnie wracałem na via Ofanto i czytałem notesy, a także udostępnioną mi przez Miriam korespondencję Chiaromontego. Jego listy też zrobiły na mnie duże wrażenie. Stanowią ważne świadectwo życia społecznego i życia wewnętrznego. Uderzają różnorodnością. Chiaromonte umiejętnie rozmawiał, dostosowywał się do interlokutora, pozostając sobą. Prowadził korespondencję w trzech językach. Listy do Caffiego, najczęściej po francusku, czasem po włosku, dotyczą problematyki społeczno‑filozoficznej. Listy do Mary McCarthy, bardzo anegdotyczne, pisane po angielsku, przedstawiają barwny obraz powojennego środowiska intelektualistów amerykańskich i zachodnioeuropejskich. Szczególne moje zainteresowanie wzbudził jednak inny blok listów, dużo bardziej skupionych, oczyszczonych, osobistych. Wydały mi się podobne do zapisków w notesach — Miriam pokazała mi te teksty jednocześnie, owej zimy 1984–85 w Rzymie.

Nicola Chiaromonte w ostatnich latach życia prowadził regularną i bardzo intensywną wymianę listów z pewną zakonnicą. Pisywali do siebie kilka razy w tygodniu (otrzymała specjalne pozwolenie przełożonych na tę duchową rozmowę). Korespondencję prowadzili po włosku. Owa zakonnica mieszkała w Stanach, urodziła się w Niemczech, władała równie dobrze niemieckim, angielskim, włoskim, francuskim. Tłumaczyła na angielski poetów tych języków (Yves Bonnefoy, René Char, Georg Trakl, Johannes Bobrowski, Eugenio Montale, Umberto Saba, Giuseppe Ungaretti). Kilka urywków z listów Chiaromontego zachwyciło mnie, bo mówiły o rzeczywistości, takiej, jaką w chwilach uwagi udaje się nam dostrzec, gdy pochylamy się nad sobą i, rozumiejąc własne ograniczenia, własną niewiedzę, zadajemy pytania proste — i w skupieniu, uczciwie, poszukujemy odpowiedzi: co to jest szczęśliwość?, jakie zasady powinny rządzić ludzką wspólnotą? Chiaromonte w tych listach dawał nieraz wersję swoich zapisków; w tych listach także usłyszałem żywy głos, mówiący o sprawach ważnych dla mnie, ponad schematami ideologii, polityki, filozofii.

Archiwum Chiaromontego, wspaniale uporządkowane przez Miriam, wydawało mi się jednym z sekretnych miejsc wybranych zachodniej świadomości. Włoskie instytuty badawcze i uniwersytety powinny marzyć o przyswojeniu sobie tych skarbów. Tak jednak nie było. Zainteresowanie we Włoszech było nikłe. Opowiadałem o tym archiwum Vincentowi Giroud, kierownikowi działu rękopisów nowoczesnych przebogatej Beinecke Library, depozytorium cimeliów Uniwersytetu Yale — znajduje się tam wspaniała kolekcja pisarzy zbójeckich: Miłosza, Wata, Jeleńskiego, Gombrowicza. W roku 1992 Beinecke Library zakupiła także archiwum Chiaromontego. W niej znajdują się obecnie notesy i listy.

W październiku 1998 wybierałem się do Beinecke Library, aby kontynuować pracę nad notesami Chiaromontego, miałem także rozliczne inne plany pisarskie: książka o galerii berlińskiej, o Rzymie... Cóż, często sam sobie powtarzam fragment angielskiego wiersza: the best laid schemes of mice and men — podobny los spotyka najlepiej ułożone plany myszy i ludzi. W przeddzień mego wyjazdu z Paryża do Stanów zmarł w Warszawie nagle Krzysztof Jung. Raz jeszcze poczułem się pozbawiony głosu, jak za szklaną szybą, zesztywniały, niemy. W tym stanie wyjechałem, z pewnym opóźnieniem, do Beinecke Library. I raz jeszcze pisarze zbójeccy przynieśli mi pomoc. We wspaniałej alabastrowej szkatule, pomniku XX‑wiecznej architektury, jakim jest Beinecke Library, pochylałem się nad listami Jeleńskiego, Czapskiego, Herberta, nad rękopisami Gucia zaczarowanego Miłosza, Ewokacji Wata, fragmentów Dziennika Gombrowicza. Mówili do mnie w sposób zrozumiały i trafny, o bliskich sprawach i ludziach.

Sięgnąłem po wcześniejsze, nieznane mi notesy Chiaromontego. Te przepisane we fragmentach przez Miriam obejmują lata 1955–1971. Zapiski czytane przeze mnie w Beinecke sięgają roku 1923. Kreślił je osiemnastolatek, na bloku papieru z wydrukowanym nagłówkiem: Dott. Chiaromonte Rocco, Medico Chirurgo, Specialista malatie interne, Via Pò N. 33 — Roma. To notes ojca, lekarza; mieszkali tuż przy via Ofanto (w tej rodzinie od kilku pokoleń był jeden lekarz i jeden ksiądz, tak też było w pokoleniu ojca Nicoli i w jego pokoleniu: najmłodszy z braci, Franco, jest lekarzem, księdzem został średni, Mauro — to o nim jest szkic Jezuita). Napis z tyłu pierwszej kartki: Nulla dies sine linea. Pierwsza krótka notatka z 30 czerwca 1923 dotyczy problemu Mutabilità zmiany, przemiany (mojego problemu!). Zaraz potem, 3 sierpnia 1923, o Don Kichocie: „Austero cavaliere, tu non mi fai ridere, e neppure sorridere”. Chiaromonte traktował Rycerza o Smutnym Obliczu z całą powagą, nie śmiał się z niego ani nie uśmiechał ironicznie czy lekceważąco. W następnym zeszycie 9 października 1924 zapis „Czytanie Schopenhauera”, 2 grudnia 1924 „Śmierć Giacomo Pucciniego”. Cytaty z wierszy (w oryginale): Keats, Hölderlin, Racine, często pojawia się Goethe. Odnalazłem odpowiedź Mefista Faustowi, który pyta: „kim jestem?” — „Pozostaniesz tym, kim jesteś. Choćbyś stroił się w peruki z milionem loków, choćbyś wkładał buty na łokciowym obcasie, pozostaniesz tym, kim jesteś”. I odnalazłem słowa mi najbliższe, inną odpowiedź na owo zasadnicze pytanie, a jednocześnie obietnicę ocalenia Fausta: „Wer immer strebend sich bemüht, den können wir erlösen”. Kto wiecznie dążąc trudzi się, tego zbawimy może. Te słowa należy powtarzać sobie w godzinie próby, i w innych godzinach. Ciekawe zapiski z dni francuskiej klęski w 1940 roku, z wyjazdu z Casablanki 26 lipca 1941 roku do Stanów na pokładzie „Nyassa”, rozmowa z jakimś polskim dyplomatą. Notatki z Nowego Jorku o lekturach filozoficznych: Kartezjusz, Rozanow, Platon, Kierkegaard, Sartre.

Dwa zapisy jakby mówiły osobiście do mnie, ponad latami. Pierwszy, wczesny, z zeszytu luty–marzec 1927, po włosku. „Umarł człowiek, człowiek został przekreślony. Ale jak można przekreślić twarz, ręce, kości? Dlaczego zniknął? Nie był przywidzeniem, miał ciało, które ulegało zmęczeniu, zużyciu, które musiało budzić się i zasypiać, które produkowało krew. Kto go przekreślił? Dlaczego zniknął? Och, nie zniknął. Pewnego dnia przestał się poruszać, nie wiedziano, co z nim zrobić, pozbyto się go, bo inni myśleli, że teraz wystarczy jego imię i prawo do płaczu. Nie został przekreślony, lecz przez trochę nic o nim nie wiadomo”. Nie wiadomo, kogo dotyczy ten zapis, ale usłyszałem ten głos z całą wyrazistością w Beinecke w październiku 1998 roku, potrzebowałem wówczas tych słów.

Drugi zapis, po francusku, pochodzi z początku pobytu amerykańskiego.

„Czuję się związany:

1. Z tym, co się uformowało we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji — z całym życiem, ze wszystkimi żywotami unicestwionymi, podeptanymi, poniżonymi.

2. Annie — to serce.

3. André (droga ducha) — przyjaźń — społeczność.

4. Dwa lub trzy momenty ekstazy.

5. Raj sztuki i natury. Florencja.

6. Morze, konie.

7. Nostalgia «Pax et justitia oscultatae sunt».

I to pytanie: «Czy naprawdę jestem zakochany, czy to naprawdę to?», wobec tego, co nadchodzi”.

[Annie — to Annie Pohl, malarka, pierwsza żona Chiaromontego, która zmarła na gruźlicę we Francji w 1940 roku; André — to Andrea Caffi, mentor i najbliższy przyjaciel Chiaromontego, który pozostał we Francji, w Tuluzie, w czasie wojny].

Te słowa, pisane w momencie klęski i nowego odrodzenia, to wyznanie wierności w momencie przemiany, także były skierowane do mnie. Usłyszałem w nich wypełnienie pierwszej notatki Mutabilità, z perspektywy osobowości już zahartowanej w klęskach, ale nadal otwartej na świat, zdolnej do zachwytu, oburzenia, miłości, przyjaźni — kto wiecznie dążąc trudzi się, ten znajdzie ocalenie.

Czytałem jesienią 1998 roku w Beinecke także korespondencję Chiaromontego. Również i tym razem uderzyło mnie bogactwo obrazu, jaki się wyłaniał z tych listów, obraz epoki i obraz człowieka, suwerennego, szukającego własnego miejsca, własnego głosu, ale rozumiejącego innych, pomagającego im w ich szamotaniu się z wyzwaniami losu i epoki. Zainteresowały mnie listy do Sławomira Mrożka, zwłaszcza dwa ich fragmenty, z roku 1964. Między włoskim intelektualistą i krytykiem teatralnym a polskim dramaturgiem, młodszym od niego o ćwierć wieku, zawiązała się silna nić sympatii. Mrożek postanowił wtedy osiąść na Zachodzie, Chiaromonte dzieli się z nim swoimi doświadczeniami wygnańca: „Mogę powiedzieć, że moje lata wygnania były trudne z wielu powodów, ale były też najbardziej «żywe» i owocne w całym moim życiu. Rozpocząłem wygnanie, gdy miałem dwadzieścia dziewięć lat, zakończyłem je piętnaście lat później. Najgorszą chwilą nie był początek, lecz zakończenie, kiedy mianowicie miałem zdecydować, czy wracać do ojczyzny, czy nie. I powiem, że w gruncie rzeczy, to znaczy w duszy, nigdy nie wróciłem do ojczyzny: jestem zawsze trochę poza Włochami ze względu na wiele aspektów życia, życia intelektualnego, jak i zwyczajów i obyczajów codzienności. Zapewne w naszych czasach nigdzie nie można być w ojczyźnie: zawsze jest się wykorzenionym, uprooted, gdziekolwiek się żyje” (5 marca 1964).

Drugi fragment dotyczy stosunku Chiaromontego do jego polskich przyjaciół, ale także czegoś bardziej elementarnego, jego wizji żywej osobowości, ożywczych kontaktów międzyludzkich, sensu rozmowy: „Jest zresztą faktem, że mam ze znajomymi Polakami stosunki dość specjalne: chcę powiedzieć, że brak w nich owego dystansu, zbudowanego z politesse, ale też z pewności, że nigdy nie można się naprawdę zrozumieć, jaki tworzy się, na przykład, w stosunkach z mymi francuskimi znajomymi [...]. Otóż to, bardzo żałuję, że nie znajduję się w tym samym mieście co Pan, bo mam uczucie, że z Panem komunikacja jest użyteczna. Tak samo jest z Gustawem Herlingiem, którego bardzo lubię: cieszę się, że Pan uznał spotkanie z nim za «ożywcze». Herling to człowiek solidny. Podczas gdy zazwyczaj spotykamy tylko zombies. Wie Pan, co to są zombies; są to, na Haiti, ci, którzy żyją opętani przez «ducha» obrządków voodoo, a przeto nie istnieją w ogóle jako osoby” (2 listopada 1964).

Chiaromonte był nieagresywnym, niedogmatycznym przewodnikiem dusz. Oddała mu piękny hołd Mary McCarthy w liście z marca 1968. W tajemnicy zwierza się mu z projektowanej podróży do Hanoi. Powiedziała już o tym w sekrecie Kotowi Jeleńskiemu i Nathalie Sarraute. I nagle: „Nicola, dawno Ci to chciałam powiedzieć — a obecna chwila wydaje mi się dobrą po temu okazją — że zobaczenie Ciebie na Cape Cod latem 1945 było jednym z momentów decydujących mego życia, w rzeczywistości to był moment decydujący. Stałam się inną osobą, choć tego nie zauważyłeś, a sama zauważyłam to dopiero później, patrząc wstecz. Przekonało mnie to o czymś, w co Ty nie wierzysz — że możliwa jest zmiana w ludziach, oczywiście mam na myśli wewnętrzną zmianę”.

Chiaromonte zmienił jej życie, jak zmienił życie wielu ludzi. Można tylko powtórzyć: non mi fai ridere, e neppure sorridere. Z uwagą — i bez histerii — przyglądał się światu, sobie, nam. Prowadził rozmowę. Ta rozmowa nie jest zakończona. Potrzebne są nowe wydania jego tekstów, nowe ich lektury, nowe spotkania.

2002

Wojciech Karpiński

Szkic z książki Twarze